Trochę o nazwach muszek...

Trochę o nazwach sztucznych muszek

 autor: Wojciech Węglarski

 

                  Większość amerykańskich i brytyjskich (+ Commonwealth) muszek posiada standardowe nazwy, pod którymi są one znane i rozpoznawalne na całym świecie. To jak gdyby swego rodzaju marki firmowe chronione wieloletnią (najczęściej) tradycją. Konsekwentny porządek w tej dziedzinie znajdujemy w katalogach renomowanych, przede wszystkim brytyjskich firm takich jak Milward-Bartleet czy Hardy Bros (UK), lub Orvis (USA) i dotyczy to lat od początku XIX do lat – powiedzmy – czterdziestych XX wieku. Później ten bardzo klarowny obraz zaczął powoli rozmywać się wskutek postępującego nieposzanowania pierwotnych standardów polegającego na nadużywaniu uświęconych tradycją nazw pewnych muszek przez różnej maści niskiej klasy producentów lub firmy. To tak, jakby na samochodowym rynku nagle zaczęły pojawiać się Syrenki opatrzone charakterystycznymi atrybutami Mercedesa lub innego BMW. Zaczęły i nadal pojawiają się muszki coraz bardziej odbiegające wyglądem od pierwotnych standardów, przy zupełnie nieuprawnionej uzurpacji do uświęconych tradycją tych nazw. Niech klasycznym przykładem będzie rodzina bardzo popularnych muszek March Brown, (pierwszego opisu jej pierwowzoru pod nazwą Dun Fly doszukamy się w XV- wiecznej literaturze brytyjskiej), gdy wyroby przezywane przez niektórych wytwórców lub pewne firmy mianem March Brown –jawią się jako coraz dalej odbiegające od generalnego standardu tej muszki. Jaka firma, taki inny March Brown - pomieszanie z poplątaniem! Nie bawiąc się jednak w przesadny puryzm, przyjmujemy gamy odmian lokalnych, takich jak na przykład American March Brown, (że poprzestaniemy tylko na tym przykładzie), której to muszki wygląd bardzo odstaje od tradycyjnego, lecz w nazwie uczciwie podaje się, że jest to amerykańska odmiana. Na porządnym rynku muszkarskim mamy mnóstwo lokalnych odmian, które w swej nazwie sygnalizują, że są tylko pewnymi odmianami znanego wzoru. I tak – moim zdaniem – jest klarownie i uczciwie, no i zgodne z uświęcona latami tradycją. Nieco inaczej, (a może prościej?), postępowały niektóre europejskie firmy np. we Francji czy Włoszech, gdzie oferowane w katalogach muszki opatrywano po prostu numerami.                                                                                                                     

                   Zanim przejdziemy do próby wyjaśniania genezy nazw muszek, zgódźmy się z tym, że żadnej reguły tutaj nie znajdziemy, bo jej tutaj po prostu nie ma, bo nigdy jej nie było. Spośród – skromnie licząc - dziesiątków tysięcy istniejących nazw muszek, możemy wyodrębnić grupę tych klasycznych (general) wzorów, które stały się swoistymi standardami, a geneza ich nazw, w przeważającej liczbie, ginie w pomroce dziejów. Tak, dla krótkiego przykładu, bo ta grupa, to – lekko licząc – „tylko” setki nazw; wymieńmy takie jak np. Red Tag, Coachman, rodzina March Brown, Invicta, rodzina Mallard – i tak można by jeszcze długo wymieniać inne. Tam też znajdujemy wiele takich muszek, które zostały opracowane (i skutecznie sprawdzone) przez wielu znanych i wielce dla światowego muszkarstwa zasłużonych wędkarzy. Kilka wybranych na chybił-trafił przykładów, bo nie sposób wymienić wszystkich.

                  Cholmondeley Pennell (słynne wzory takie jak Black lub Claret Pennell – i wiele innych), Dr Baigent (twórca wielkiej serii suchych tzw. Baigent’s Patterns), William Lunn 1917 (słynna Lunn’s Particular i wiele innych), R.S. Austin 1900 (znana ogólnie Tups Indispensable i wiele in nich), Len Halliday 1922 USA (słynne i lubiane do dzisiaj suche Adamsy). Okryty sławą Halford (słynne behawiorystyczne wykonania wielu suchych muszek – tzw. szkoła Halforda), Courtney Williams (Soldier Beetle, Welsh Partridge, Grey Duster – i wiele świetnych muszek), Frank Sawyer (liczne nimfy z osławioną Pheasant Tail na czele), czy ostatnio Bob Church (Appetizer, Black Chenille – i wiele innych), albo Goddard ze słynnymi Goddard Sedge ze strzyżonej sierści sarny. I tak można by więcej, lecz na tym ńmy, aby zbytnio nie zanudzać.

                  Pomysłowość autorów muszek chyba nie miała granic! Mamy, na przykład, mnóstwo muszek zawierających w nazwach informacje o ich tonacji ubarwienia. Tak więc – na chybił-trafił – przykładowo mamy Amber Nymph, Black Muddler, Black Matuka, Black Ant, Cinnamon, Red Spinner, Red, lub Blue Ginger Quill, Mallard and Green, Cream Nymph, Yellow Sally, Orange Caddis, etc.etc.

Spotykamy też wiele nazw z grona żywych stworzeń – od owada do zwierzęcia. Oto kilka przykładów: Alder, Dragon Fly, Olive Dun, Blue Jay, Gold Ribbed Hare’s Ear, Woodcock and …, Mallard and …, Snipe and …, Corixa, May Fly, Damsel Fly, Hopper, Grasshopper, Stony Fly, etc.etc.

Nieco mniej nazw muszek zawiera w sobie elementy „hydrologiczne”. Mamy więc muszkę Bitch Creek, Mole Fly, Dee Lure czy choćby Driffield Dun.

Natomiast zdecydowana większość nazw muszek, to owoce niczym nieskrępowanej fantazji twórczej. Przykładów nawet nie podejmuję się wymieniać, bo sam nie wiem od czego tu zacząć; zresztą sami sobie to zobaczcie choćby w licznych ofertach, od których roi się w internecie.

                   Jak można było wcześniej zauważyć, miażdżąca większość wzorów (nazw) muszek, to osiągnięcia brytyjskie lub amerykańskie (te ostatnie dopiero z początku XX wieku) – i nic w tym dziwnego, w końcu Brytyjczycy są ojcami sportowego wędkarstwa muchowego. Tak więc, wszelkie próby lansowania nazw w rodzimych językach są z góry skazane – delikatnie mówiąc – co najmniej na śmieszność, (vide muszki naszych południowych sąsiadów). Wchodząc na polskie poletko, kiedyś mieliśmy nieudolne próby spolszczania na siłę tradycyjnych i rozpoznawalnych na świecie nazw. Mieliśmy wiec przymiarki do różnych śmiesznie brzmiących np. Brązowych Marcówek, co oczywiście nie przyjęło się, a ostatnio mamy próby lansowania obrzydliwych i prostackich nazw takich jak Glajcha, Ślajzur czy Delirka, wciska się nam mini nimfki dźwięcznie nazywane Pedałkami, a tak mniej rażące Bażantki mogły by nawet być do przyjęcia, choć akurat na to mamy już utrwalona standardową nazwę Pheasant Tail, żeby nikt nie powiedział, że zawsze się do czegoś przyczepiam. Jeśli ktoś nadal jednak uważa, że przesadzam, to niech z angielskim słownikiem w garści zacznie tłumaczyć na polski nazwy muszek. Proponuję zacząć od muszki znanej jako Bitch Creek…

                  W tym miejscu jest także okazja, aby wspomnieć o niewątpliwym polskim osiągnięciu, choć można by czegoś podobnego doszukiwać się w poważnej literaturze muszkarskiej, a mianowicie o nimfie pięknie nazwanej Brązką. Wobec potwornej ilości przekłamań na jej temat pragnę stwierdzić, że jest to wynalazek któregoś z podhalańskich muszkarzy, w grupie których znajdowali się ś.p Tarada z kolegami (ich nazwisk nie pamiętam). Pamiętam, że właśnie to grono, na tzw. dolną nimfę, kilka razy złoiło skórę zawodnikom na kilku Pucharach Romaniszyna w latach 70-tych XX wieku. I wbrew temu, co kiedyś głosił nieodżałowanej pamięci Karol Zacharczyk, Brązkę – skromną nimfę z ciemno brązowej wełny z żółtym niedużym kołnierzykiem, o wyglądzie jak gdyby żółtawa larwa chruścika robiła kuku ze swojego brązowego domku, opracował i wdrożył wśród swoich kolegów któryś z zakopiańskich muszkarzy. A który – naprawdę nie wiem, więc – w odróżnieniu od innych - nie będę zmyślał. Także miły Karolu – a to niejako przy okazji – nimfy-plecionki to nie wynalazek jednego naszego kolegi z Zakopanego, lecz amerykański wyrób z lat co najmniej 60-tych XX wieku. Wiem to stąd, że w r. 1960 otrzymałem w prezencie z USA 3 takie plecionki. Niestety wszystkie przepadły w wodach Dunajca. Ale jeśli ktoś byłby dociekliwy, to niech pokopie w orvisowskich katalogach z tamtych lat.

                        Aby oddać sprawiedliwość –od lat 50-tych XX wieku dosyć długo działała w Polsce firma Sprzęt Rybacki, dla której chałupnicy (przeważnie z Krakowa i Podhala) wykonywali całkiem niezłe mokre sztuczne muszki Była na to opracowana Norma Resortowa, (nawiasem mówiąc, rojąca się zarówno od błędów merytorycznych, jak i zwykłych literówek), w której znajdujemy całkiem przyjemne i udane spolszczenia niektórych muszek. Pamiętam, że w sklepie S.R. przy ulicy Siennej w Krakowie dawno, dawno temu kupowałem – między innymi - bardzo udane mokre Góraleczki (Grey Drake ?), Skawice (March Brown Mixed zielony+żółty) oraz bardzo skuteczne Skoczki Kaszubskie (Red Palmer ?). Nawet pamiętam ówczesną cenę – 5,65 zł za standardową mokrą pstrągową.

                   Wracając do nazw. Cóż tu jeszcze można dodać? Chyba to, że przy obecnej mnogości nowych muchowych materiałów będzie można spodziewać się coraz wymyślniejszych wynalazków. I nie oszukujmy się – wyścigi firm oferujących coraz to dziwaczniejsze materiały, to tylko polowanie na klientów, miejcie więc to na uwadze Koledzy prześcigający się w udziwnianiu utrwalonych wieloletnią praktyką wzorów. Ostrzegam przed jednym – nie popadajmy w przesadę z materiałami, bo jak taki np. Mallard and Claret wyglądał w – powiedzmy – 1920 roku, to tak samo musi wyglądać pod swą nazwą w 2020 roku. Bo ta nazwa, (jak zresztą wiele innych nazw muszek), po prostu jest standardem, czymś w rodzaju niepisanym patentem, więc ogonek = pęczek tippets, tułowie = dubbing z wełny mohair claret, owijka = oval gold (lub silver), jeżynka = kogut claret (lub black w starszych przepisach) – i nic innego! A jak fantazja poniesie i podyktuje np. zieloną jeżynkę lub coś podobnego, to proszę bardzo – nazwa brzmi: Mallard and Claret V. (wariant, odmiana). A jeśli mamy fantazję przybrać tę muszkę policzkami (tzw. cheeks) z piórek jungle cock (hodowlane kapki obecnie dostępne, choć nie są zbyt tanie), to proszę bardzo – mamy Mallard nad Claret j.c.

                           Na koniec, bo czas kończyć zanudzanie Czytelnika, powyższe uwagi starałem się zmieścić w miarę niedużej objętości, bo temat jest ogromny, stąd być może wiele braków i niedociągnięć. Rozważania o nazwach muszek celowo zawęziłem do – umownie mówiąc – pstrągowo-lipieniowego asortymentu jako najbardziej popularnego u nas (i na świecie). Celowo opuściłem muszki „czysto” trociowe, łososiowe, morskie, tzw. lures (na pograniczu muszki, np. sztuczne myszki, żaby, etc) oraz wiele rozwiązań tubowych, dwu- lub trójhaczykowych (Demony, Terrory, etc., sandaczowe koguty czy szczupakowe „muchy”, bo dopiero tam konia z rzędem temu, kto doszuka się jakiśch nazewniczych prawidłowości!

 

 Wojciech Węglarski